• Wpisów: 1312
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis: 1 rok temu, 19:12
  • Licznik odwiedzin: 402 504 / 3099 dni
 
shopping
 
Kiedyś jeździłam do domu rodzinnego co weekend, później co dwa tygodnie, gdyż Warszawa pochłaniała mnie coraz bardziej. Odkąd jestem z M. czas wydłużył się do 3 tygodni, ponieważ jest tyle innych spraw do załatwienia i nie mam już tylko własnej rodziny. Mimo przeciwności losu (choroba), po prawie miesiącu nieobecności, udało mi się w ten weekend odwiedzić rodziców. Jadąc do nich liczyłam na spokojny, leniwy weekend, rozmowy i wygrzewanie się przy rozpalonym kominku. Tymczasem weekend upłynął nam na nerwach i strachu.

Mój tata jest typem człowieka, który ciągle musi robić coś na działce, coś zmieniać, coś dodawać. Nasza działka to jego trzecie dziecko. W sobotę miał pecha. Wydarzył się drobny wypadek, tata wybił sobie mocno bark. Widok cierpienia na jego twarzy był dla mnie straszny... Ale najgorsze było oczekiwanie na karetkę, która jak na złość nie przyjeżdżała. Mama, z drżącymi rękami wypatrująca na drodze ambulansu, a w końcu telefonicznie instruująca kierowcę, jak ma dojechać na naszą zapadłą wieś (bo GPS nie pokazywał właściwej trasy)...

Ostatecznie tacie nic wielkiego się nie stało. Bark nastawili, prochami naszprycowali, połowę ciała zagipsowali. Ale w głowie nadal siedzi mi ta karetka. Przy ważniejszych wypadkach ważna jest każda minuta. Co, jeśli znów nie będę mogli trafić, kiedy naprawę będą potrzebni? Co chwila słyszę o zawale/udarze któregoś z ojców moich koleżanek, któregoś z kolegów mojego taty... Wiem, jestem paranoiczką, ale kocham rodziców ogromnie i nie wyobrażam sobie, że miałoby ich zabraknąć.

Ten wpis ma dwa przesłania. Żyjcie chwilą i pamiętajcie o swoich rodzicach, bo nigdy nie wiadomo, jak długo jeszcze z nami będą.

Ta jesień nie nastawia mnie zbyt optymistycznie do świata ;)

Nie możesz dodać komentarza.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować ten wpis.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego